Aktualności

Powrót do aktualności
22 lutego 2016 r.

Stworzyliśmy wielu polskich milionerów

Rozmowa z Bogdanem Chmielewskim, prezesem Polsko - Słowiańskiej Unii Kredytowej, największej unii etnicznej w USA

W USA zyski firm wypracowane tutaj, także tutaj muszą zostać wydane

Stworzyliśmy wielu polskich milionerów w samym sercu Nowego Jorku

Z prezesem Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii Kredytowej BOGDANEM CHMIELEWSKIM rozmawia Adam Sosnowski

Adam Sosnowski: Jest Pan pre­zesem Polsko-Słowiańskiej Federal­nej Unii Kredytowej, instytucji, któ­rą w dużym skrócie można nazwać odpowiednikiem SKOK-ów Polonii w Stanach Zjed­noczonych. Je­steśmy 10 minut od Wall Street, światowego cen­trum finansów. Miło widzieć re­zultat wielkiego polskiego suk­cesu ekonomicznego pomiędzy wie­żowcami Manhattanu.

Bogdan Chmielewski: Nasza insty­tucja jest liderem Polonii na wschodnim wybrzeżu USA, ale i w całych Stanach, ponieważ mamy pokaźne możliwości fi­nansowe - prawie 1,7 miliarda dolarów aktywów, a z naszych usług korzysta po­nad 100 tys. osób. Mając takie możliwo­ści uważamy, że naszym obowiązkiem równolegle z prowadzeniem działalności typowej dla instytucji finansowej - jest także wspieranie Polonii i naszej Ojczy­zny, Polski. Jednym z przykładów jest program stypendialny dla Amerykanów polskiego pochodzenia i dla Polaków. W ramach tego programu przez ostatnie 15 lat ponad 3 tysiące naszych młodych członków, otrzymało ponad 3 miliony dolarów pomocy stypendialnej. Wierzę, że ci młodzi ludzie będą zawsze pamię­tali od kogo dostali swoją pierwszą po­moc na studia i w przyszłości odwdzię­czą się naszemu środowisku nie tylko finansowo, ale również pracą na rzecz tego środowiska czy zaangażowaniem społecznym. Z kolei ich zaangażowanie na pewno wzmocni pozycję w Stanach Zjednoczonych, a przez to też Polskę.

Jakie należy spełnić warunki, by zostać zakwalifikowanym do otrzy­mania takiego stypendium?

Przede wszystkim trzeba być członkiem naszej Unii, a potem zło­żyć odpowiedni wniosek, napisać krótki esej i wyka­zać się działalnością na rzecz środowi­ska polonijnego. Jest to pomoc, o którą można starać się dwukrotnie. Po raz pierwszy w szkole średniej, gdy ma się już akceptację przyjęcia przez uczelnię wyższą, a drugi raz podczas studiów.

Wynika z tego, że kładą Państwo duży nacisk na wychowanie i eduka­cję młodych przedstawicieli Polonii?

Zdecydowanie tak, bo to jest inwe­stycja w przyszłość. Inną inicjatywą jest wsparcie katedry im. Tadeusza Kościusz­ki w Instytucie Polityki Światowej w Waszyngto­nie, na czele której stoi prof. Marek Chodakiewicz, a którą wspieramy znaczącymi kwotami. Na jedną z uroczystości wręczenia stypen­diów dla naszych stypendystów zapro­siliśmy wybitnego politologa polskiego pochodzenia prof. Johna Lenczowskiego, prezesa Instytutu Polityki Światowej (Institute of World Politics). Wygłosił on wykład, w którym zwrócił uwagę na znaczenie wiary i moralności w życiu jednostki. Było to bardzo ważne, gdyż studenci w USA nieczęsto słyszą tego typu rozważania. Młodzi byli pod wielkim wrażeniem słów prof. Lenczowskiego, po wykładzie stali w kolejce, aby móc  uścisnąć mu dłoń i kontynuować rozmo­wę. Warto wspomnieć, że jednym z wy­kładowców Instytutu Polityki Światowej był zmarły niedawno, emerytowany gen. US Air Force, Walter Jajko. Pamiętam, jak po pierwszym spotkaniu napisałem do niego list po angielsku i byłem bardzo zaskoczony, gdy od człowieka, który ni­gdy w Polsce nie był - otrzymałem odpo­wiedź napisaną piękną polszczyzną.

Jak ta pomoc dla Polaków i Po­lonusów wygląda z punktu widzenia prawnego?

Mamy pewne ograniczenia, ponie­waż jesteśmy instytucją działającą we­dług prawa amerykańskiego, a nasze wkłady i depozyty są ubezpieczone przez rząd USA. Z tego też względu nie możemy finansowo wspierać - choć­by najbardziej znakomitych - inicjatyw w Polsce. Wszystkie wydane przez nas pieniądze muszą zostać w Stanach Zjed­noczonych.

Z punktu widzenia USA jest to jak naj­bardziej zrozumiałe. Bronią swojego intere­su i swoją gospodarkę przed wyprowadzeniem pieniędzy z kraju.

Owszem, ale można znaleźć inne ciekawe formy wspierania Polski rów­nież finansowo. I tak np. wspólnie z nowojorską Fundacją Uśmiech Dziecka zbieraliśmy wśród naszych członków fundusze na pomoc dla hospicjów dzie­cięcych w Polsce. W trakcie pierwszej edycji tej akcji, w 2014, w ciągu niecałych dwóch miesięcy zebraliśmy ponad 150 tys. dolarów, czyli więcej niż działająca także w USA Wielka Orkiestra Świą­tecznej Pomocy. Pieniądze przekaza­liśmy wtedy na trzy hospicja dziecięce: w Krakowie, Rzeszowie i w Białymsto­ku. W 2015 r. powtórzyliśmy tę akcję, a fundusze w wysokości ponad 111 tys. dolarów zebrane zostały dla potrzebują­cych dzieci w Stanach Zjednoczonych, na potrzeby polskiego hospicjum bł. Ks. So­pocki w Wilnie, jak również na wskazane przez panią prezydentową Agatę Dudę hospicjum dla dzieci „Gajusz” w Łodzi.

Rozumiem, że przekazana zosta­ła całość pieniędzy, a nie jak w przy­padku WOŚP tylko część?

Przesłaliśmy nawet 105% zebranej kwoty, gdyż koszty całej akcji pokryła nasza Unia. Inicjatywa ta nie stworzyła żad­nych kosztów opera­cyjnych uszczuplają­cych zysk, cała kwota przeznaczona została na wspomniane hospi­cja.

Patriotyzm, miłość do Ojczyzny, moralność i wiara - nie spodziewałem się usłyszeć tych pojęć już w pierwszych minutach rozmowy z prezesem wielkiej instytucji finansowej.

Żeby zrozumieć naszą działalność i zamiłowanie do Polski, warto wró­cić kilkoma słowami do początków Polsko-Słowiańskiej Unii Kredytowej. 40 lat temu grupa pasjonatów skupio­nych wokół pochodzącego z Podlasia ks. Longina Tołczyka zastanawiała się, jak pomóc emigrantom, którzy po przyjeździe do Nowego Jorku nie mieli jeszcze siłą rzeczy historii kredytowej i którym amerykańskie banki nie chciały udzielać pożyczek na kupno i remonty nierucho­mości w zaniedbanej wówczas dzielnicy Greenpoint. Polacy ci często nie znali także języka angielskiego, przyjeżdżali wówczas z głębokiego komunizmu, pod­czas gdy tu panował kapitalizm i libera­lizm gospodarczy. Banki z USA nie po­magały naszym rodakom, gdyż oceniały ryzyko na zbyt duże.

Fascynujące dla mnie jest to, że tak wielką instytucję finansową zało­żył ksiądz. Miał do tego jakieś przy­gotowanie ekonomiczne?

Nie, kasę spółdzielczą założył z po­trzeby serca i z konieczności. To była przede wszystkim pomoc dla imigran­tów. Ważne jest, że życie polonijne w USA nadal w dużej mierze skupia się wokół parafii, przy których prowadzona jest większość szkół polskich. Nasza Unia ściśle współpracuje z parafiami, sponso­rujemy ich inicjatywy. Parafie są centra­mi polskiego życia w USA. Stany Zjedno­czone są pod tym względem ciekawym przypadkiem, bo kraj jest laicki i coraz częściej widać tu dyskryminację chrze­ścijan w przestrzeni publicznej. Z dru­giej jednak strony nawet taki prezydent jak Obama prawie każde przemówienie kończy słowami „Boże, pobłogosław Amerykę”. Podczas oficjalnych uroczy­stości obecność duchownego i odwoła­nie się do Boga jest czymś normalnym. Wiara Amerykanów nie jest głęboka, nie praktykują jej, ale też mało jest ate­istów. Pośród Polonii wygląda to oczywiście jeszcze inaczej, jeste­śmy w zdecydowanej większości katolikami. Na uroczystościach naszej Unii zawsze są obecni księża, a we wszystkich naszych oddziałach wiszą krzyże, czego chcą też nasi członkowie. To nasza polskość i na­sza tradycja.

Nikt nie ma o to pretensji?

Dlaczegóż miałby mieć?

W Polsce co rusz znajdują się tacy, którym krzyż gdzieś przeszka­dza. A to w Sejmie, a to przed pa­łacem prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu, a to w szkołach.

Jak może komuś przeszkadzać krzyż bę­dący znakiem miłości i wiary, nieodłącznie wpisany w polską tradycję. Polacy i Polo­nusi krzyża chcą i nie ma co wdawać się w niepotrzebne dywagacje. Ludzie i me­dia tutaj to szanują, a nawet gdyby było inaczej - jak choćby w Polsce - trzeba pamiętać, że media nie są od tego, żeby dyktować nam, co mamy robić. My mamy swoją tożsamość.

Wracając jeszcze do początków Polsko-Słowiańskiej Unii Kredyto­wej, wspomniał Pan, że wtedy Polacy stanowili dla banków zbyt duże ryzy­ko. Ciekawe, że w latach 1970. ban­ki najwidoczniej cechowała jeszcze jakaś ostrożność i kalkulacja ryzyka, podczas gdy od początku XXI w. za­częły wydawać kredyty hipoteczne właściwie bez żadnych zabezpieczeń. Chyba dobrze się stało, że Polacy byli skazani na inną formę finansowania swojego amerykańskiego marzenia?

Tak, bo właśnie wobec braku dostę­pu do finansów ks. Tołczyk wpadł na pomysł, jak Polacy mogą sobie sami pomóc. W tym celu założył unię kredytową, czyli inaczej mówiąc spół­dzielnię. Założyciele naszej Unii marzyli, co ważne, nie tylko o kwestiach finan­sowych. Przede wszystkim marzyła im się wolna Polska oraz kultywowanie na ziemi amerykańskiej polskiego języka, rodzimej kultury, oświaty i wiary.

Dlatego pierw­szym zadaniem Unii jest pomoc polskim emigran­tom w finansowa­niu pierwszych domów, samochodów czy studiów. Wypracowując zysk, moż­na go w znacznej części przeznaczyć na budowę silnej Polonii i polskiej oświaty w USA. Model opracowany 40 lat temu funkcjonuje z dużym sukcesem do dziś.

Wspomniał Pan, że Greenpoint był wtedy zaniedbaną dzielnicą No­wego Jorku. Spacerując tu dzisiaj, absolutnie bym tego nie powiedział. Stoi tu mnóstwo zadbanych domków jednorodzinnych ze schludnymi ogródkami, panuje spokój i jest bar­dzo czysto. Nie widzę ogromnych wieżowców, z których słynie Nowy Jork, za to w sklepach są polskie na­pisy i co rusz słychać język polski. Ale wystarczy wsiąść w metro, przejechać East River i po 10 minutach jest się już w centrum Manhattanu. Nawet z okna pokoju, w którym rozmawia­my widać gigan­tyczny Freedom Tower, najnowszy symbol Nowego Jorku.

Bardzo cieszą mnie te słowa. Gre­enpoint faktycznie zmienił się. I choć może zabrzmi to nieskromnie, mamy w tym duży udział, gdyż to właśnie nasza instytucja jako pierwsza dała Polakom pożyczki na domy na Greenpoincie.  Po­lacy te pieniądze świetnie wykorzystali. Zbudowali te domy i później o nie dba­li. Dzisiaj to jedna z droższych dzielnic Nowego Jorku, inwestują tu biznesmeni z całego świata.

Ten sukces ekonomiczny naszych rodaków cieszy, ale z drugiej bardzo byłoby szkoda, gdy­by Greenpoint miał stracić swój polski charakter. Dzieli mnie tu od Polski, od żony i rodziny kilka tysięcy kilometrów, gigantyczny ocean, ale gdy uczestni­czyłem tutaj w Mszy św. po polsku, w polskiej dzielnicy, poczułem kawa­łek domu.

Zgadzam się z Panem, ale do utraty polskiego charakteru tej dzielnicy droga jest jeszcze daleka. Proszę pamiętać, że to Polacy pozostają wciąż właściciela­mi większości nieruchomości i gruntów w dzielnicy Greenpoint i dyktują wa­runki ich wynajmu. To my tu jesteśmy właścicielami. Mieszkania wynajmowane są często dla tzw. yuppies, czyli młodych ludzi sukcesu i finansów, bogatych i wy­kształconych, pracujących w najwięk­szych korporacjach. Greenpoint stał się dla nich bardzo atrakcyjną dzielnicą.

Czyli jednak „Polak potrafi”. Nie jest to, jak nam zarzucają Niemcy, marna „polnische Wirtschaft”.

Ależ oczywiście, że Polak potrafi. Stworzyliśmy tutaj całą grupę milione­rów! To właśnie Polacy przekuli swój pierwszy zastrzyk finansowy na sukces. Każdy, kto przed 30 laty kupił tu dom, dzisiaj jest milionerem. Na Greenpoincie nie ma nieruchomości tańszej niż za pół­tora mln dolarów, czyli za ok. sześć mln złotych; wtedy Polacy płacili za nie ok. 50 tys. dolarów. Średnia cena nieruchomo­ści waha się pomiędzy 2 a 3 mln dol. Nie­dawno sprzedano tu dom za 30 mln dol.

Czyli za 120 mln złotych, to cał­kiem pokaźna sumka... W Polsce za taką kwotę można by prawie kupić stadion.

Mówię o tym, żeby pokazać poziom transformacji dokonanej polskimi ręko­ma i polskim kapita­łem. Ważne było, że Polacy bardzo dbali i dalej dbają o swoją dzielnicę. To niezwy­kle poprawiło wygląd i estetykę Greenpointu.

Niemniej mówimy tutaj o gigan­tycznych cenach. Czy to prawda, że za mieszkania na Piątej Alei płaci się nawet po 30 tys. dolarów za metr kwadratowy.

Oczywiście. To najdroższy adres w Stanach, kto wie, czy nie na świecie. Greenpoint aż tak drogi nie jest, ale bar­dzo zyskał na wartości. Dzięki Unii, Po­lakom i naszej wspólnej pracy.

Czy Unia skupia się tylko na Gre­enpoincie?

Tutaj wszystko się zaczęło, ale dzisiaj mamy już 16 oddzia­łów w Nowym Jorku, New Jersey, a od pię­ciu lat również w sta­nie Illinois w okolicach Chicago. Dzięki tej ekspansji stajemy się organizacją pomaga­jącej Polonii w całych Stanach Zjednoczonych.

O jakiego rzędu środkach finanso­wych mówimy w przypadku Polsko-Słowiańskiej Unii Kredytowej?

Nasze aktywa wynoszą ponad 1,68mld dolarów, tym samym jesteśmy największą etniczną unią kredytową w USA. Natomiast jeżeli chodzi o jakość usług, dorównujemy bankom komercyj­nym, a niejednokrotnie je przewyższa­my, szczególnie gdy chodzi o obsługę klienta.

Skoro już mó­wimy o bankach i konkurencji, chciałbym jeszcze dopytać, jaki sta­tus mają unie kredytowe w USA i jak na nie reaguje państwo. W Polsce ze SKOK-ami toczona była przez ostat­nie lata dosyć ostra walka, w którą włączają się zarówno banki komer­cyjne, jak i niektóre instytucje państwowe, a jeszcze bardziej lewicowe media.

W USA państwo prawa działa zdecy­dowanie lepiej. Owszem, jest konkuren­cja, ale pozycja unii kredytowych jest tu dosyć silna, bo jest ich ponad 6 tysięcy i skupiają 100 mln członków, a więc ok. 30% obywateli. Mamy dużą siłę, mocny lobbing i mocną pozycję w Waszyngto­nie. Sam uczestniczę w konferencjach lobbystów, które odbywają się w sto­licy USA. Banki mają oczywiście swo­je wpływy i kontakty. Jest walka, ale odbywa się ona według jasnych zasad i w cywilizowanym zakresie, tu szanuje się prawo. Wiem, że w Polsce wygląda to inaczej. Nagonka na SKOK-i i osobiście na Grzegorza Biereckiego jest tylko i wyłącznie walką politycz­ną, za którą stoją banki chcące przejąć sektor rynku opanowany przez SKOKi. W USA toczy się jawna, demokratycz­na walka lobbingowa o wpływy w Wa­szyngtonie.

Dobrze, ale gdy ja jako Polak słyszę słowo „lobbing”, to stają mi przed oczyma faceci w długich płasz­czach z naciągniętymi na oczy kape­luszami, którzy w ciemnym parkingu podziemnym kupują sobie stosowne ustawy za ciężką gotówkę w waliz­kach. Ale skoro Pan tak otwarcie o tym mówi, to mniemam, że w Sta­nach nie na tym rzecz polega.

Ależ oczywiście, że nie. Odbywają się np. kilkudniowe konferencje, na któ­re zjeżdżają się prezesi amerykańskich unii kredytowych, gdzie co pół godziny czy co godzinę odbywa się spotkanie z jakimś senatorem czy kongresmenem. Gdy zbiera się kilkuset prezesów, repre­zentujących łącznie sto milionów wybor­ców, chęć spotkania z nimi jest napraw­dę wielka. A my mamy możliwość, żeby bezpośrednio powiedzieć, jakie mamy problemy, czy jaka ustawa mogłaby w nas uderzyć. Informują nas o różnych projektach ustaw, mówimy swoje zdanie, a oni przedstawiają swoje. Oprócz tego są również spotkania bezpośrednie w wą­skim gronie, w Senacie czy Kongresie.

Ale czy takie spotkania są spra­wiedliwe? Jakoś nie mogę wyobrazić sobie czegoś po­dobnego w Polsce - poprzednia wła­dza przyzwycza­iła mnie, że takie sprawy załatwia się przy ośmiorniczkach.

Dlaczego miałoby być niesprawiedli­we? Przecież my reprezentujemy interes 100 min ludzi, znamy ich potrzeby i pro­blemy, dlatego kongresmeni się z nami spotykają. Oczywiście, nie wszystko realizują, ale większość jednak tak. W Wa­szyngtonie politycy bardzo liczą się ze swoimi wyborcami.

I to wszystko odbywa się całkiem jawnie?

Jak najbardziej. Oprócz spotkań z przedstawicielami unii kredytowych są jeszcze dwie agencje lobbingowe, które na co dzień reprezentują nasze in­teresy w Waszyngtonie. My im płacimy składki, oni zaś dbają o to, żeby polityka i rząd nas nie pomijali. To jest doskona­le zorganizowanie, ale też uregulowane. Oprócz tego mamy świetnie działającą prasę branżową. Każdy senator chciał­by mieć wywiad w tygodniku „Credit Union Times”, który dociera do wszyst­kich ponad 6 tysięcy unii kredytowych, a w efekcie do większości ze 100 mln ich członków.

Niesamowite. Najbardziej po­czytny amerykański dziennik „Wall Street Journal” ukazuje się w nakła­dzie „tylko” 2,3 miliona egzemplarzy.

To jest nasza prasa branżowa i dba o interesy unii kredytowych. Jak wszędzie, również tutaj internet trochę wy­piera wydania papierowe, ale nie ma po­równania z Polską. Gazety drukowane nadal są potęgą w USA. Nie chciałbym, żeby po tej rozmowie powstało wraże­nie, że w USA wszystko jest lepiej i że nie ma tu korupcji. Oczywiście jest, bo wszędzie są tylko ludzie. Ale system prawa i szacunek wobec niego są tutaj jednak na innym poziomie. Także po działalności lobbingowej widać mądrość amerykańskiego systemu. Tutaj ustawo­dawca wychodzi z założenia, że zawsze będą różne grupy interesów, które będą się ścierać. Dlatego lepiej, by było to jawne, a nie odbywało się w restauracji „Sowa& Przyjaciele”.

No właśnie, i dlatego takie mam skojarzenia, kiedy słyszę słowo „lob­bing”.

Wiem, ale przecież inni tez mają swoich lobbystów, na przykład banki.

Jak taka walka konkretnie potem wygląda?

     Podam aktualny przykład. Unie kredytowe mogą udzielać pożyczek komercyjnych tylko do wysokości 1,75 % swoich aktywów. Banki takiego limitu nie mają, ale my mamy za to inne udogodnienia. Chcemy, żeby limit  podnieść przynajmniej do 3,5 %, co banki oczywiście zwalczają, gdyż się boją, że zabierzemy im biznes. Każda strona tłumaczy swoje racje  kongresmenom i senatorom oraz ich doradcom i wówczas można dojść do wspólnego stanowiska.

Zanim Pan przyszedł do Polsko-Słowiańskiej Unii Kredytowej praco­wał Pan na stanowisku kierowniczym w międzynarodowym banku komer­cyjnym HSBC, który mówiąc delikat­nie nie ma najlepszej reputacji. Jaka jest różnica między pracą w jednej i drugiej instytucji? Gdzie jest lepiej?

Odpowiem tak - w HSBC nauczyłem się, czego nie robić w unii kredytowej... Tam byłem wiceprezesem odpowie­dzialnym za rozwój rynku polonijnego. Bierze się to stąd, że banki komercyjne, widząc sukces etnicznych unii kredyto­wych, chcą przejąć także tych klientów. Myślą, że wystarczy w tym celu zatrud­nić polskojęzycznych pracowników i Po­lacy sami tam przyjdą. Tak to jednak nie działa, bo u nas oprócz dobrych pro­duktów finansowych i polskojęzycznej obsługi jest również przywiązanie do społeczności lokalnej i do Ojczyzny. Mieszkamy w tej samej dzielnicy, co nasi klienci, mamy wspólne marzenia o Pol­sce. Dopiero to wszystko razem daje również sukces gospodarczy; nie wy­starczy sam polski napis na drzwiach. Nie byłem w stanie przekonać do tego swoich przełożonych w HSBC. Ich inte­resował jedynie czysty zysk.

Czy dlatego odszedł Pan z HSBC?

Tak, a ponadto dostałem propozycję z Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii Kredytowej i nie miałem żadnych wątpli­wości, gdzie chcę być i pracować.

Podejrzewam, że wiązało się to też z mniejszymi zarobkami, bo jed­nak HSBC należy do największych banków na świecie.

Dla mnie najważniejszy był powrót do naszej Unii (pracowałem tu już wcze­śniej), gdyż żyję tą instytucją. Pieniądze nie zawsze muszą stanowić główną mo­tywację.

Myślę, że tego zdania nie słyszy się często w świecie finansów.

To prawda, ale dla­tego też idea banków spółdzielczych jest tak wyjątkowa. Nie żałuję epizodu w HSBC, na­uczyłem się tam pra­cy w dużej, światowej korporacji.

Wróćmy jeszcze na chwilkę do banków, instytucji w Polsce general­nie nie lubianej. Jednym z powodów jest fakt, że właściwie nie ma pol­skich banków. Nasz rodzimy rynek został zalany przez podmioty zagraniczne, generujące olbrzymie zyski, które jednak nie zostają w Polsce, lecz są wyprowadzane do krajów macierzystych; tam idą na inwestycje, często też ratują inne segmenty danej korporacji. 

W USA stwierdzenie, że kapitał nie ma narodowości jest prawdziwe, bo­wiem akcjonariat dużych banków ame­rykańskich jest porozrzucany po całym świecie. Citi Bank czy HSBC nie mają stricte narodowego charakteru. Nie­mniej jednak przepisy i regulacje w USA są tak doskonałe i restrykcyjne, że zyski wypracowane tu­taj, także tutaj mu­szą zostać wydane. Regulacje bankowe w USA są ścisłe i su­rowe.

Czyli polską drogą powinna być zmiana ustaw, a nie repolonizacja banków?

Nie, i to z dwóch powodów. Po pierwsze - to, że te wielkie banki ame­rykańskie mają akcjonariat międzynaro­dowy, nie oznacza, że właściciele ame­rykańscy nie mają pakietów kontrolnych czy dużego wpływu. Amerykańscy rzą­dzący doskonale zdają sobie sprawę, że muszą mieć wpływ na banki. Po drugie, USA są światową potęgą i wielkim kra­jem, Polska zaś jest mniejsza i potrze­buje kapitału narodowego, bo musi się bronić. Ktokolwiek użyje argumentu, że w USA nie ma kapitału narodowego i dlatego w Polsce też nie jest potrzebny, nie ma pojęcia, o czym mówi. Skala tych gospodarek jest nieporównywalna.

Wspomniał Pan o regulacjach sta­nowiących filar działania amerykań­skiego rynku finansowego. Ale sam papier przecież nie wystarczy, ktoś musi jeszcze nad tym czuwać.

Regulatorzy w USA są bardzo ostrzy i wymagający. Tak duże banki jak HSBC, Citibank czyJP Morgan Chase płaci­ły w ostatnich latach wielkie, miliardowe kary za niedotrzyma­nie swoich zobowią­zań. Nawet jeżeli ka­pitał nie jest w całości amerykański, to kontrola w 100% leży w rękach USA. Dlatego i my nie możemy bezpośred­nio inwestować w Polskę. Myślenie Amerykanów jest mówiąc w skrócie takie: możecie działać na tym rynku, my ubezpieczamy wasze wkłady, ale za to zarobione pieniądze macie wydawać w USA. Nie ma problemu, żeby właści­cielami byli Polacy czy Amerykanie pol­skiego pochodzenia, pieniądze jednak mają zostać tutaj - dla dobra Stanów Zjednoczonych.

Z punktu widzenia USA jest to doskonałe rozwiązanie, ponieważ pozwala na kreatywność, innowacyj­ność i rozwój różnym podmiotom, gwarantując tym samym napędzanie własnej koniunktury. Niemniej, nie widzę takiego rozwiązania w Polsce. Od razu napłynęłyby protesty z Ber­lina i przede wszystkim Brukseli, że to jest dyskryminacja innych państw członkowskich UE. Na to jesteśmy - jeszcze - za słabi.

Zgadzam się z Panem. W ogóle był­bym ostrożny z przekładaniem jeden do jeden rozwiązań działających w USA na polski grunt. Tak, jak wspomniałem wcze­śniej, różnica w skali i potencjale gospo­darczym jest kolo­salna.

Co zatem Pana zdaniem powinna zrobić Polska?

Część rynku bankowego powinna wrócić w polskie ręce. Nie mówię oczy­wiście o całości, bo w erze globalizacji jest to niemożliwe i niepożądane. Jed­nak polski pieniądz musi mieć wpływ na sektor bankowy. Nie mam tu tylko na myśli poprawy re­gulacji - które też są potrzebne - ale po prostu polską wła­sność. Popatrzmy na SKOK-i, które są polskim systemem bankowym; atak na nie jest niegodny i niezrozumiały. Naprawdę należy so­bie zadać pytanie o intencje tych, któ­rzy SKOK-i atakują. Przecież zanim nie wprowadzono godzącej w polskie Kasy Spółdzielcze ustawy o SKOK-ach, nikt, kto miał tam pieniądze, nie stracił ani złotówki. System działa. I mało tego, po­kazuje hipokryzję i obłudę tych, którzy SKOK-i atakują.

Większość me­diów też stanęła murem za banka­mi komercyjnymi i atakowała SKOK-i. Zresztą w mediach mamy podobną sytu­ację jak w sektorze bankowym - pol­skich jest zdecydowana mniejszość; tu jest nawet gorzej niż w bankach.

Pod tym względem w Polsce jest tragicznie, przecież 95% prasy regional­nej jest w rękach niemieckich. Niestety też wielu polityków, kiedyś rządzących, a dzisiaj będących w opozycji, nie myśli o dobru wspólnym, jakim jest Polska. Wiem, że to może wielkie słowa, ale właśnie przywiązania do polskości i do Polaków oczekuje się od polityków. Poli­tyka to nie zawód, tylko dbanie o dobro wspólne, a do tego dbania należy obrona swoich, polskich interesów. Trzeba być świadomym zagrożeń i się bronić, szcze­gólnie na trudnym i często bezlitosnym rynku światowych finansów.

A co z wolnym rynkiem?

To wszystko jest zgodne z grą wol­norynkową - nie mówię bowiem o na­cjonalizacji, ale o stworzeniu takich regulacji prawnych, które będą bronić polskiego interesu. Wtedy dopiero bank, który ma 51% udziału polskiego skarbu państwa, może konkurować z bankiem w 100% niemieckim. Wtedy dopiero stwarza się zdrową konkurencję broniąc równocześnie polskiego interesu. Wte­dy pożyczki dostaną polscy biznesmeni, a nie tylko ci zza Odry, którym oprócz kredytu da się jeszcze zwolnienie podat­kowe na 30 lat.

Widzę, że śledzi Pan dokładnie to, co dzieje się w Polsce i że mówi Pan o niej z dużym sentymentem. Bywa Pan jeszcze czasami w Ojczyźnie?

Tak, oczywiście, raz w roku jestem w Polsce, zresztą mam tam mamę i sio­strę. Do USA wyjechałem po studiach na warszawskiej SGPS, obecnie SGH.

Dlaczego zdecydował się Pan na wyjazd?

To był 1989 r. Wziąłem jeszcze udział w tzw. wolnych wyborach w czerw­cu, ale już w lipcu razem z żoną wy­jechaliśmy do USA w poszukiwaniu lep­szych perspektyw. Chcieliśmy zarobić trochę pieniędzy, zarobić na mieszkanie. Życie jednak tak się potoczyło, że to tu­taj zapuściliśmy korzenie. Tutaj urodziła się też czwórka naszych dzieci.

Po tylu latach życia w USA czuje się Pan bardziej Polakiem czy jednak już Amerykaninem?

Przede wszystkim czuję się Pola­kiem, aczkolwiek mam obywatelstwo amerykańskie. I nie ma co ukrywać, że Stanom też bardzo wiele zawdzięczam, więc z USA też czuję więź. Dzisiaj nie widzę zresztą żadnych przeszkód, aby czuć się obywatelem obu tych krajów, choć dusza polska zdecydowanie we mnie przeważa.

Bogdan Chmielewski, polski finansista, urodzony w Łomży. Skończył studia w Szko­le Głównej Planowania i Statystyki (obecnie SGH), w 1989 r. wyjechał do USA. Od 1996 r. pracował w Polsko-Słowiańskiej Federal­nej Unii Kredytowej, awansując coraz wyżej w hierarchii Unii. W 2005 r. objął stanowi­sko wiceprezesa międzynarodowego banku HSBC. W 2007 r. powrócił do Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii Kredytowej, któ­rej został prezesem.



Ta witryna używa plików cookie, aby zapewnić użytkownikom maksymalny komfort przeglądania.
Aby dowiedzieć się więcej na temat cookies oraz w jaki sposób je wykorzystujemy, kliknij więcej informacji.